Artykuł powstał na podstawie pracy: Jerzy Czołgoszewski, „Olsztyńskie więzienie w czasach pruskich (1898–1938)”, opublikowanej w czasopiśmie „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” (nr 4/2025).
W krajobrazie Olsztyna przełomu XIX i XX wieku, miasta dynamicznie rozwijającego się i aspirującego do miana nowoczesnego ośrodka administracyjnego Prus Wschodnich, wyrósł budynek, który budził respekt, a czasem i grozę. Nie był to kolejny kościół ani ratusz, choć jego architektura, zwieńczona krzyżem, mogła mylić przyjezdnych. Było to nowe więzienie sądowe (Justizgefängnis), które przez cztery dekady stanowiło ponury symbol pruskiego porządku, dyscypliny i nieuchronności kary. Jego mury były świadkami nie tylko dramatów kryminalnych, ale także wielkiej historii: walki o polskość Warmii i Mazur, reform Republiki Weimarskiej i wreszcie brunatnego cienia nazizmu.
Zmierzch średniowiecza: od „Bramy” do nowoczesności
Zanim przy dzisiejszej alei Piłsudskiego stanął ceglany gmach, olsztyński wymiar sprawiedliwości gnieździł się w reliktach przeszłości. Do 1898 roku funkcję aresztu pełniła średniowieczna Brama Górna. Te same mury, które wieki wcześniej stanowiły część systemu obronnego dowodzonego przez Człowieka, który zatrzymał Słońce... i krzyżacką armię – Mikołaja Kopernika, w XIX wieku stały się symbolem sanitarnego koszmaru. Warunki w »bramie« urągały wszelkim standardom, a przeludnienie było tak duże, że więźniów musiano transportować do innych prowincji.
Decyzja o budowie zapadła w atmosferze ogólnopruskiej reformy sądownictwa. Pierwsze wzmianki o inwestycji pojawiły się w „Gazecie Olsztyńskiej” już w 1889 roku, jednak realizacja ruszyła dopiero kilka lat później. Wybór padł na parcelę przy ówczesnej ulicy Klebarskiej (Klebergerstrasse), sąsiadującą z wzniesionymi nieco wcześniej gmachami sądu rejonowego i ziemskiego.
Realizacja nowoczesnego planu wymagała jednak starcia sacrum z profanum. Na drodze planowanego muru więziennego stała bowiem niewielka kapliczka św. Jana Nepomucena. Było to miejsce ważne dla lokalnej ludności katolickiej, odwiedzane tłumnie w Dni Krzyżowe i podczas łosier do Świętej Lipki, gdzie modlono się na przemian po polsku i niemiecku. Pruski pragmatyzm zwyciężył sentymenty religijne. Magistrat zawarł porozumienie z dozorem kościelnym: w zamian za zgodę na rozbiórkę kaplicy (i wycięcie rosnącej obok lipy), miasto odstąpiło kościołowi grunty i zapłaciło za prace rozbiórkowe.
Podczas usuwania fundamentów w 1897 roku robotnicy natrafili na makabryczne znalezisko. Na głębokości pół metra odkryto znaczną ilość ludzkich kości, co sugerowało, że kapliczka pełniła niegdyś funkcję cmentarną. Na prochach dawnych mieszkańców Olsztyna wylano fundamenty pod machinę nowoczesnej izolacji.
Architektura władzy za pół miliona marek
Nowe więzienie, oddane do użytku w pierwszym kwartale 1898 roku, miało być wizytówką pruskiej solidności. Koszt inwestycji, początkowo szacowany na 431 tysięcy marek, ostatecznie przekroczył pół miliona, głównie z powodu boomu budowlanego, który wywindował ceny cegły.
Zaprojektowany w typowym dla epoki stylu gmach z czerwonej cegły licowej robił wrażenie. Czterokondygnacyjna konstrukcja na rzucie wielościanu mogła pomieścić 127 mężczyzn i 25 kobiet. Wnętrze kryło w sobie nowoczesne rozwiązania: stalowe klatki schodowe z drewnianymi stopniami oraz system galeryjek ułatwiający nadzór. Kluczowym elementem było aż 57 izolatek (cel pojedynczych), co odzwierciedlało ówczesne trendy w penitencjarystyce, kładące nacisk na izolację więźniów od „zdemoralizowanego towarzystwa”.
Prace budowlane były potężnym przedsięwzięciem logistycznym. Olsztyńska firma Lion wykonywała prace ślusarskie, a fabryka Beyer i Thiel dostarczyła solidne kraty okienne. Granitowe i rzeźbiarskie detale sprowadzono aż ze Zgorzelca na Śląsku. Oficjalne przekazanie gruntu administracji nastąpiło 31 marca 1898 roku i jeszcze tego samego dnia przeprowadzono pierwszych aresztantów ze starej „bramy”.
Ludzie systemu: od prokuratora do strażnika
Więzienie przy Klebarskiej funkcjonowało jako Justizgefängnis, więzienie sądowe podległe Ministerstwu Sprawiedliwości. Trafiali tu ludzie o różnym statusie: od więźniów śledczych oczekujących na proces, przez skazanych na krótkoterminowe areszty (do 6 tygodni), aż po tych, którzy mieli spędzić za kratami do 5 lat.
Na czele instytucji stała skomplikowana hierarchia. Najwyższy nadzór sprawował nadprokurator przy Wyższym Sądzie Krajowym w Królewcu (Oberstaatsanwalt), który wizytował placówkę co dwa lata. Bezpośrednią władzę w Olsztynie dzierżył wyznaczony prokurator (np. Fritz Schmidt, a później Otto Nietzki czy Friedrich Schweitzer), który odpowiadał za dyscyplinę i prawidłowe wykonywanie kar.
Jednak to nie prokuratorzy, lecz inspektorzy więzienni (Gefängnisinspektor) byli faktycznymi zarządcami tego mikroświata. Pierwszym z nich był Julius Grützbach. To inspektor decydował o przydziale do celi, nadzorował pracę, prowadził buchalterię, a nawet pełnił funkcję zbrojmistrza, zarządzając bronią i amunicją.
Personel niższego szczebla, początkowo zwany dozorcami, a po I wojnie światowej strażnikami (Wachtmeister), rekrutował się niemal wyłącznie z byłych wojskowych. Wymagano od nich „moralnego i trzeźwego” życia, bezwzględnego posłuszeństwa oraz odpowiedniego wyglądu. Ciemnogranatowe mundury z guzikami ozdobionymi orłem, furażerki z pruską kokardą, a u boku kordelas lub szabla, tak prezentowali się strażnicy olsztyńskiego więzienia.
Analiza nazwisk personelu ujawnia ciekawą dynamikę narodowościową. Na wyższych stanowiskach (inspektorzy, prokuratorzy) próżno szukać polskich nazwisk, to była domena niemieckiej kadry urzędniczej, co potwierdza germanizacyjną politykę władz. Jednak wśród strażników, wykonujących najcięższą pracę, pojawiały się nazwiska brzmiące swojsko: Borkowski, Janowicz, Lewandowski, Wiśniewski, Ścisło. Choć nie mamy pewności co do ich tożsamości narodowej (według spisu z 1905 r. Olsztyn był miastem silnie zniemczonym), sugeruje to pewną przepuszczalność systemu na najniższych szczeblach.
Codzienność za kratami: „Kawa”, cisza i pies „Cezar”
Jak wyglądało życie za murem przy Klebarskiej? Dzięki wspomnieniom więźniów, takich jak polski działacz Kazimierz Jaroszyk, możemy zajrzeć do środka. Jaroszyk, redaktor „Gazety Olsztyńskiej” aresztowany w 1919 roku za „zdradę stanu” (czyli działalność na rzecz Polski w okresie plebiscytowym), trafił do celi dla więźniów politycznych.
Jego opis jest niezwykle sugestywny. Cela na parterze była jasna, z twardym jak deska legowiskiem. Przez wysoko umieszczone okratowane okienko widać było skrawek więziennego ogrodu, mur, szczyt kamienicy i... budę więziennego psa „Cezara”. Dźwiękowym tłem odosobnienia były dzwony i śpiewy dobiegające z pobliskiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Dzień więźnia był zrytualizowany co do minuty. Pobudka o 5:45, potem sprzątanie celi i wynoszenie kubłów z nieczystościami na komendę „Raustreten!”. Śniadanie stanowił „ciemny płyn” szumnie zwany kawą oraz porcja chleba (często spleśniałego), którą wygłodniali więźniowie zjadali od razu. Obiad o 12:00 to zazwyczaj bezmięsna zupa kartoflana, a kolacja o 18:00 to kolejna porcja zupy.
Głód był stałym towarzyszem osadzonych, zwłaszcza w czasie I wojny światowej. Przejmujące świadectwo wyrył na ścianie celi jeden z więźniów w 1915 roku: „Siedzimy tu w czterech ścianach o wodzie i odrobinie chleba... Cierpimy wielkie niedole”.
System pruski kładł ogromny nacisk na pracę. Więźniowie pracowali po 10-11 godzin dziennie. Wykonywali prace wewnątrz (gospodarcze, biurowe, rzemieślnicze), ale też byli wysyłani do okolicznych majątków ziemskich (np. w Starym Olsztynie, Tuławkach czy Elganowie) do prac polnych i żniw. Zarobki były mizerne, zaledwie ułamek i tak niskiej stawki trafiał na konto więźnia (maksymalnie 30 fenigów dziennie przed 1921 rokiem).
Dla więźniów niepracujących jedyną ucieczką od czterech ścian był „Freistunde”, spacer. Był to teatr absurdu i grozy: więźniowie chodzili w kółko w milczeniu, z rękami na plecach, w odstępach pięciu kroków, pod czujnym okiem uzbrojonych w rewolwery i pałasze strażników.
Dyscyplina była bezwzględna. Każde odstępstwo od regulaminu, gwizdanie, hałasowanie, palenie tytoniu, było surowo karane. Wachlarz kar obejmował pozbawienie posłania, ograniczenie jedzenia, aż po „areszt” w zaciemnionej celi, a nawet zakucie w kajdany lub kaftan bezpieczeństwa. Jaroszyk wspominał o specjalnej „celi bezpieczeństwa”, przypominającej żelazną klatkę z dodatkowymi kratami wewnątrz.
Zbrodnia, kara i chrzciny pod toporem
Więzienie to nie tylko rutyna, to także dramatyczne historie ludzkie. W olsztyńskim gmachu przetrzymywano nie tylko mężczyzn. Mimo że główne więzienie kobiece znajdowało się w Królewcu, w Olsztynie również osadzano kobiety, w tym te skazane na śmierć.
Jedną z najbardziej wstrząsających historii jest sprawa Wilhelminy Bachor. Skazana wraz z kochankiem za otrucie jego żony, w więzieniu urodziła córkę. Pruskie prawo pozwalało matce zatrzymać dziecko przy sobie przez rok, jednak dla Wilhelminy czas płynął inaczej. Dziewczynka została ochrzczona w więziennej kaplicy podczas niedzielnego nabożeństwa przez pastora Hassensteina. Rodzicami chrzestnymi zostali kościelny i dozorczyni. Zaledwie 3,5 miesiąca później, 18 listopada 1902 roku, Wilhelmina Bachor została ścięta toporem przez kata na więziennym dziedzińcu.
Dwa lata później podobny los spotkał Annę Przygoddę, seryjną trucicielkę skazaną na potrójną karę śmierci za otrucie trzech mężów arszenikiem (podejrzewano ją o otrucie czterech). Jej egzekucja odbyła się 18 stycznia 1904 roku. Wykonywanie wyroków śmierci przez ścięcie toporem na dziedzińcu było stałym, makabrycznym elementem funkcjonowania więzienia, w latach 1898-1938 stracono tu co najmniej 8 osób.
Głośnym echem odbiła się też tzw. „afera olsztyńska” z 1907 roku. W więzieniu osadzono Antonie von Schoenebeck, oskarżoną o pomocnictwo w zamordowaniu męża-majora. Sprawa ta, pełna zwrotów akcji i skandalu obyczajowego, przyciągnęła uwagę prasy międzynarodowej, a przed bramą gromadziły się tłumy gapiów obserwujących wjazd powozu z oskarżoną.
Więzienie dziurawe jak sito?
Mimo grubych murów, nowoczesnych zamków i uzbrojonej straży, olsztyńskie więzienie nie było twierdzą nie do zdobycia. Historie ucieczek pokazują luki w systemie i determinację osadzonych.
W 1898 roku, tuż po otwarciu, wybuchł skandal, który ośmieszył administrację. Dwaj „zaufani” więźniowie dorobili sobie wytrychy i... wychodzili nocami na miasto, by okradać sklepy i mieszkania. Wracali do cel obładowani łupami (cygara, wino), a nawet odwiedzali nocą cele kobiet, zabierając jedną z nich na „wyprawę”. Proceder trwał pół roku, zanim pijaną szajkę przyłapano nad ranem w celi. Prasa kpiła: „w więzieniu wybudowanem podług wszelkich wymagań tegoczesnych mogą w nocy wychodzić więźniowie”.
Bardziej dramatyczny przebieg miały próby ucieczek z użyciem siły. Do historii przeszła noc z 6 na 7 września 1923 roku. Trzech młodych mężczyzn próbowało włamać się do więzienia od zewnątrz, by uwolnić kolegów. Napastnik sforsował mur od strony dzisiejszego I Liceum Ogólnokształcącego. Gdy nakrył go strażnik, napastnik sypnął mu piaskiem w oczy. Sytuację uratował drugi strażnik, który otworzył ogień, ciężko raniąc intruza w płuca.
Więźniowie uciekali też z robót zewnętrznych, wyskakiwali z pociągów podczas transportu (jak pewien zdesperowany Polak w 1904 roku) czy zbiegali ze szpitali. Mury więzienia były też świadkami tragedii tych, którzy nie widzieli innej drogi ucieczki niż śmierć. Samobójstwa przez powieszenie czy desperackie skoki z galeryjek zdarzały się regularnie. W 1913 roku w celi powiesił się sprawca głośnej strzelaniny w hotelu „Deutsches Haus”.
Między reformą a brunatnym cieniem
Klęska Niemiec w I wojnie światowej przyniosła krótki okres odwilży. W Republice Weimarskiej podjęto próby reformy systemu – więzienie miało wychowywać, a nie tylko mścić się. W 1923 roku wszedł w życie nowy regulamin, który łagodził rygory (zniesiono nakaz milczenia, pozwolono na tytoń) i stawiał na resocjalizację, edukację i poprawę moralną. W latach 20. i 30. w więzieniu prowadzono nauczanie dla analfabetów, zatrudniając nauczycieli z olsztyńskich szkół.
Jednak ten humanitarny eksperyment nie trwał długo. Wraz z dojściem do władzy nazistów w 1933 roku, niemiecki system penitencjarny zaczął cofać się w mrok. Prawo karne zaostrzono, a idea humanitarnego traktowania została wyparta przez odwet i represję. Więzienia – w tym to olsztyńskie – zaczęły pękać w szwach (w latach 1934–1944 populacja więzienna w Niemczech się podwoiła), stając się narzędziem terroru w rękach totalitarnego państwa. Czerwony gmach przy dzisiejszej alei Piłsudskiego, który miał być symbolem nowoczesnej sprawiedliwości, stał się jednym z trybów maszyny, która wkrótce miała przynieść Europie niewyobrażalne cierpienie.
Soczewka historii
Historia olsztyńskiego więzienia w latach 1898–1938 to zapis ewolucji, a ostatecznie regresu pruskiego i niemieckiego wymiaru sprawiedliwości. Gmach ten, będący największym i najnowocześniejszym więzieniem sądowym w Prusach Wschodnich, przez cztery dekady funkcjonował w rytm zmieniających się epok politycznych. Jego dzieje prowadzą od surowej, zmilitaryzowanej dyscypliny czasów cesarskich, przez głód i kryzys I wojny światowej, aż po krótkotrwałe nadzieje na humanizację kar w Republice Weimarskiej.
Wprowadzone w 1923 roku reformy, mające na celu poprawę moralną i resocjalizację więźniów, okazały się jednak tylko epizodem przed nadejściem totalitaryzmu. Wraz z umocnieniem się władzy nazistów, idea humanitarnego traktowania została wyparta przez brutalną politykę odwetu i represji. Ostatecznie miejsce, które zaprojektowano jako symbol nowoczesnego ładu, w przededniu II wojny światowej stało się przeludnionym narzędziem opresji w rękach państwa, dla którego więzień stał się jedynie obiektem surowej kary, a nie człowiekiem wymagającym poprawy.

0 Komentarze