Krzyżacy, powodzie i „pół świńskiego łba”. Finansowa wojna o dusze (i portfele) na XIX-wiecznych Żuławach

A black and white woodcut-style illustration depicting four figures on a muddy road in the Żuławy landscape. On the far left, a Catholic priest holds a book labeled "PRAWA ŚREDNIOWIECZNE" (Medieval Laws) and a bag labeled "DZIESIĘCINA" (Tithe). In the center, a bearded Mennonite farmer stands with outstretched hands in front of a cart loaded with sacks and a pig. To his right, a Protestant pastor points toward a ruined church tower in the background while holding out a top hat for donations. On the far right, a Prussian soldier in a Pickelhaube helmet observes, holding a book labeled "ORDNUNG" (Order). In the background are pollarded willows, a canal, and a windmill under a cloudy sky.

Artykuł powstał na podstawie publikacji naukowej Wojciecha Zawadzkiego "Żuławianie malborscy wobec parafialnego systemu fiskalnego w XIX w."

Jsteś bogatym mennonitą, holenderskim osadnikiem na żyznych, ale podmokłych terenach Żuław w XIX wieku. Twoja religia zabrania ci noszenia broni i przysięgania przed sądem. Ciężko pracujesz, osuszasz bagna, a twoje gospodarstwo kwitnie. Jest tylko jeden problem. Kiedy twój sąsiad katolik bierze ślub, płacisz ty. Kiedy luteranin z wioski obok potrzebuje nowego dachu na kościół,  płacisz ty. A kiedy sam potrzebujesz pastora, płacisz… po raz trzeci.

Witamy na Żuławach Malborskich w XIX wieku, krainie, gdzie średniowieczne prawo krzyżackie zderzyło się z pruską biurokracją, a religijne współistnienie było w rzeczywistości niekończącą się batalią o pieniądze, zboże i gęsie jaja.

Spadek po Rycerzach Zakonnych

Aby zrozumieć ten finansowy galimatias, musimy cofnąć się o kilkaset lat, do czasów, gdy na tych ziemiach rządzili Krzyżacy. To oni w średniowieczu stworzyli sieć parafii, wyposażając każdą z nich w solidny majątek ziemski,  zazwyczaj cztery łany, czyli około 67 hektarów. System był prosty: kościół miał ziemię, z której się utrzymywał, a wierni dorzucali datki.

Wszystko działało sprawnie do XVI wieku, kiedy na Żuławach pojawili się nowi gracze: luteranie i mennonici. W Rzeczypospolitej Obojga Narodów panowała tolerancja, ale system prawny nie nadążał za rzeczywistością. Nowe wyznania budowały swoje świątynie, ale w świetle prawa... nie istniały jako odrębne jednostki terytorialne. Dla fiskusa wszyscy mieszkańcy, niezależnie od tego, czy modlili się z różańcem, czy czytali Biblię Lutra, należeli do starej parafii katolickiej.

Efekt? Protestancki gbur (zamożny chłop) musiał łożyć na utrzymanie katolickiego proboszcza, bo opłata była przypisana do ziemi, a nie do wyznania właściciela. To tak, jakbyś dziś kupił mieszkanie i musiał opłacać abonament za kablówkę sąsiada, tylko dlatego, że poprzedni właściciel twojego lokalu to robił.

Pruski paradoks: Luteranie chronią katolików

Po 1772 roku, gdy w wyniku rozbiorów Żuławy trafiły pod panowanie Prus, luteranie odetchnęli z ulgą. „Nareszcie nasi rządzą!”, mogli pomyśleć. Król pruski był protestantem, więc liczono na szybką zmianę niesprawiedliwego systemu. I tu spotkało ich rozczarowanie.

Państwo pruskie, słynące z porządku (Ordnung), stanęło przed dylematem. Zabranie majątków i dochodów parafiom katolickim groziło wybuchem buntu społecznego. Pruscy urzędnicy uznali więc, że „prawa nabyte” są święte. Katolickie parafie zachowały swoje średniowieczne ziemie i przywileje finansowe, podczas gdy parafie luterańskie nadal klepały biedę, nie posiadając własnych gruntów.

Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji. Protestanckie państwo broniło katolickich dochodów, a luteranie, nie mając ziemi, musieli polegać na dobrowolnych datkach i... pieniądzach wyciąganych od mennonitów.

Mennonici: dojne krowy systemu

W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się mennonici. Byli pacyfistami, świetnymi rolnikami i  w oczach ówczesnego systemu, idealnym źródłem gotówki.

  • Musieli płacić na kościół katolicki (bo mieli ziemię w obrębie parafii).
  • Luteranie również zmuszali ich do płacenia na swoje zbory (uznając, że skoro mennonici nie są katolikami, to powinni wspierać „sprawę protestancką”).

W 1789 roku wydano nawet specjalny edykt, który de facto usankcjonował ten podwójny wyzysk. Nic dziwnego, że mennonici czuli się dyskryminowani. Kiedy w Nowym Dworze Gdańskim luteranie zażądali od nich pieniędzy na remont pastorówki czy budowę wieży, mennonici powiedzieli: „dość”. Zaczęli masowo chodzić do sądów, a gdy to nie pomagało, emigrowali z Prus, zabierając ze sobą swój kapitał i wiedzę rolniczą.

W samych Żuławkach spór o budowę wieży kościelnej oparł się aż o dwie instancje sądowe. Mennonici zbierali każdy rachunek, by udowodnić, że są niesprawiedliwie obciążani.

Cennik za zbawienie, czyli „Pół świńskiego łba”

O co konkretnie toczyły się te boje? Nie tylko o „wielkie” podatki gruntowe, ale o codzienne opłaty za posługi religijne (iura stolae), które z biegiem lat zamieniły się w skomplikowane taryfikatory. Proboszczowie i pastorzy pobierali opłaty niemal za wszystko.

Dzięki zachowanym dokumentom z parafii w Żuławkach z 1895 roku, możemy zajrzeć do portfela ówczesnego parafianina:

  • Chrzest: jeśli w kościele po mszy - za darmo. Ale jeśli w domu (luksus!), aż 5 marek dla pastora, plus napiwki dla organisty i kościelnego.
  • Pogrzeb: to był prawdziwy wydatek. Zwykły pochówek to jedno, ale jeśli rodzina chciała „kazania przy grobie”, 6 marek. Kazanie z ambony? 15 marek! Do tego opłata za „rozświetlenie żyrandola” (1,50 marki) czy użycie „nowej draperii” (1 marka).

Jeszcze ciekawiej wyglądały daniny w naturze, które przetrwały w parafiach katolickich. W ramach tak zwanej „kolędy”, proboszcz z Nowego Stawu otrzymywał od gospodarzy nie tylko zboże, ale też: połowę świńskiego łba, jedną golonkę, kiełbasę, chleb i kwartę soli. W innych parafiach standardem były jaja i chleb na Wielkanoc w ramach opłaty zwanej Witteltag.

Powódź jako najlepsza wymówka

Żuławiacy nie byli jednak biernymi ofiarami systemu. Byli sprytni i potrafili wykorzystać każdą okazję, by nie płacić. A najlepszą okazją była... pogoda.

Żuławy to teren zalewowy. Kiedy w 1855 roku wielka powódź zalała pola, niszcząc uprawy i zapiaszczając glebę, gospodarze natychmiast ruszyli z pismami o umorzenie długów. Rolnik Kroll z parafii miłoradzkiej twierdził, że jego ziemia jest tak zniszczona, że nie może zapłacić dziesięciny. Sprawa ciągnęła się latami, a proboszcz z Mątów musiał pisać skargi do samej regencji w Gdańsku, by odzyskać należności.

Czasami konflikty przybierały formę otwartej wojny podjazdowej. W Mątowach Wielkich poszło o kępę nadwiślańską zwaną „Schafranką”. Był to teren nadany proboszczowi jeszcze przez Krzyżaków. W 1805 roku chłopi po prostu... zabronili księdzu wstępu na ten teren. Kiedy kilkadziesiąt lat później inny proboszcz, ks. Palmowski, próbował wyciąć tam krzaki, chłopi znów go przegonili i pozwali do sądu. Proces trwał 6 lat!.

Prawnicy na ambonie

Wiek XIX przyniósł na Żuławach istotną zmianę mentalną. Dawniej to proboszcz pozywał chłopa. Teraz coraz częściej to bogaci, świadomi swoich praw gburzy pozywali duchownych. Sale sądowe stały się drugim, obok kościoła, miejscem spotkań duszpasterzy i wiernych, choć atmosfera była tam znacznie mniej podniosła.

System ten, oparty na średniowiecznych fundamentach i łatany pruskimi rozporządzeniami, przetrwał w swoich zrębach aż do 1945 roku. Jest to fascynujący dowód na to, że na Żuławach pieniądz potrafił dzielić ludzi skuteczniej niż teologia, a „święty spokój” kosztował zazwyczaj kilka korców żyta i pęto kiełbasy.

🔍 Odkryj więcej historii

Zaskoczyła Cię historia o płaceniu pastorowi gęsimi jajami? Życie w Prusach Wschodnich kryje więcej takich niespodzianek.

👉 Przeczytaj o tym, jak wyglądała kuchnia tego regionu lub poznaj losy pruskiej arystokracji , która rządziła tymi ziemiami równolegle z bogatymi gburami z Żuław.

Prześlij komentarz

0 Komentarze